Na stronie używamy plików cookie, pozostając na niej wyrażasz zgodnę na ich stosowanie. Więcej możesz przeczytać tutaj





Menu:


Strona główna

Co to jest borelioza

Jak ustrzec się zakażenia i rozpoznać wczesną infekcję

"Lista objawów" stanu przewlekłego

Czy ja mam późne stadium boreliozy?

Jak to się leczy?

Naturalne metody "leczenia"

Terapia wg dr Budwig - POLECAM

Terapia Gersona

Jak wzmonić odporność i zdrowo się odżywiać

Herx

Test Western-Blot

Testy PCR

O antybiotykach słów parę

Rekonwalescencja

Mit wieloletniej boreliozy

Historie boreliozy internetowej

Czym jest zespół poboreliozowy i czemu nie jest to borelioza

Hochsztaplerzy i hipochondrycy, czyli pułapki w internecie



Zanim pomyślimy o boreliozie...

A tu lista niektórych schorzeń dających podobne objawy:

Niedobory witaminy D

Zespół przewlekłego zmęczenia

Niedoczynność tarczycy

Kandydoza

Chlamydioza

Niedobór magnezu

Choroby pasożytnicze

Schorzenia jelit

Witamina B12



Na początek zaznaczmy, że metody naturalne NIE leczą boreliozy. One mają wspomagać zwykle leczenie antybiotykami. Owszem, jest spora szansa że choroba by znikła nawet bez antybioli, ale głupotą byłoby ich nie brać i liczyć na odporność.

Druga ważna rzecz - metody opisane poniżej mają wpływ na antybiotyki. Jednoczesne zażywanie preparatów witaminowych oraz antybiotyków sprawia, że antybiotyki po prostu nie wchłaniają się - po szczegóły do lekarza, każdy antybiotyk trochę inaczej "współgra" z suplementami.

Zacznijmy może od faktu, że - jeśli wierzyć statystykom - boreliozą było zakażonych grubo ponad 50% osób z tzw. grup ryzyka, czyli wszystkich którzy często bywają w lesie albo np po prostu mieszkają na wsi. Jednak ich organizmy bez problemu poradziły sobie z infekcją - czy to niszcząc ją całkowicie, czy też trzymając w ryzach. Chyba nikt nie będzie się upierał przy tezie, że np 70% mieszkańców polskiej wsi właśnie leży w łóżku i umiera na boreliozę, skoro gołym okiem widać, że mają znaczne lepszy stan zdrowia niż miastowi. Tak samo, nikt przy zdrowych zmysłach nie rzuci tezy, iż 50% Polaków wymaga 6 miesięcznego leczenia antybiotykami - a tylu z nas ma przynajmniej 1 specyfiyczny antygen w klasie IgG (co oznacza, że nasz organizm najprawdopodobniej walczył kiedyś z infekcją bb)

Drugi fakt, który musimy uwzględnić - bakteria boreliozy potrafi być "niewidzialna" dla antybiotyku nawet przez ponad pół roku. Co prowadzi do smutnej konkluzji, że zawsze kilka bakcyli przeżyje klasyczne leczenie.

Naturalne metody leczenia polegają na takim wzmocnieniu siły naszego układu immunologicznego, aby potrafił on zniszczyć te kilka bakterii w momencie gdy się ujawnią, albo chociaż trzymać infekcję w ryzach. Bez takiego wzmocnienia raczej nigdy nie uda się pokonać choroby. Pokusił bym się o tezę, że antybiotyk powinien być raczej uzupełnieniem terapii niż terapią podstawową. Dodatkowo niejako, zastosowanie tych metod częściowo zabezpieczy przed jedną z najgroźniejszych wad antybiotykoterapii - przed tym, że organizm "zapomni" jak walczyć z boreliozą, co mogłoby przy nawrocie mieć dość przykre konsekwencje.

Zawsze jest możliwość, że mamy jakąś chorobę, której po prostu nie wyleczemy w Polsce - a za granicą tylko, jeśli mamy mnóstwo kasy. Takim czymś do niedawna była babeszjoza. Chorób jest całe mnóstwo, nie wszystkie można diagnozować i leczyć w państwowej, socjalistycznej opiece zdrowotnej. W takich wypadkach można liczyć tylko na własne przeciwciała. Warto mieć je zawsze w gotowości. Babeszje i inne tego typu schorzenia dotykają w zasadzie wyłącznie ludzi z osłabioną odpornością. Mamy do wyboru - zadbać o zdrowie, uzupełnić witaminy, uprawiać codziennie gimnastykę - albo co chwilę łapać kolejne infekcje, wydawać kolejne setki albo tysiące zł na leczenie, które dalej będzie nam niszczyło naturalną odporność...

Kolejna rzecz - przypuszczam, że grubo ponad połowa leczących się na borelkę tak naprawdę ma zupełnie inną chorobę o identycznych objawach. Tych chorób są dosłownie setki, niemal każda o wiele częściej spotykana niż bb. No, ale jak ktoś nasłucha się rad "mądrzejszych od lekarzy" i zobaczy pozytywny wynik testu PCR, to będzie leczył do skutku. Nic dziwnego, że leczenie nie przynosi efektów. I tutaj jest pole do popisu dla naturalnych metod. Położyliście się zdrowi, a wstaliście rano kompletnie połamani, z oczyma jak królik? To nie była borelioza. Krętki po prostu nie rozmnażają się tak szybko, to fizycznie niemożliwe żeby w ciągu 12 godzin dały tak silny objaw. Po prostu macie skopany układ immunologiczny i każdy bakcyl szoruje was jak tylko chce. Tym można wyjaśnić fakt, że ogromna większość chorych na borelkę po podjęciu terapii naturalnej po prostu zdrowieje.

No nic, zacznijmy od wroga nr 1, jakim jest nerwica. Cóż to takiego? To jest rozchwianie równowagi organizmu, które bierze się stąd, że żyjemy niejako wbrew sobie. Typowy przykład to żona alkoholika, która wmawia sobie, że jest z nim szczęśliwa, ale podświadomie chciałaby uciec. Taka postawa sprawi, że w końcu poczucie winy i niespełnienia zacznie rzutować na pracę układu immunologicznego. Kolejny przykład to człowiek, który robi to, czego oczekiwali od niego rodzice, chociaż sam chciałby robić coś kompletnie innego. Mogą to być np problemy z samoakceptacją. Ciągły stres jest morderczy. Niestety nie mogę tu podać domowych metod leczenia nerwic, bo takich po prostu nie ma. Z reguły człowiek nie ma szans żeby samodzielnie poradzić sobie z problemem. Z reguły zaleca się, żeby poczucie winy ukierunkować na robienie czegoś dobrego dla innych, zamiast na obwinianie i próbę karania samego siebie. Zresztą, co się będę rozpisywał - do psychologa, on wie lepiej Nie muszę dodawać, że nerwica daje objawy identyczne z boreliozą, za wyjątkiem może zanikowego zapalenia skóry i paraliżu? "Leczenie" nerwicy NIGDY nie powinno być prowadzone przez lekarzy - przykro mi to pisać, ale fakty są takie, że lekarze nie leczą choroby. Oni sprzedają "leki" które w praktyce są narkotykami - naćpani ludzie nie czują problemów nerwicowych, ale dzieje się tak tylko dopóty, dopóki bierze się te "leki". Właściwa metoda "leczenia" nerwicy to po pierwsze wyrzucenie z życia czynnika stresującego (i tu faktycznie lekarz bywa przydatny - pozwala nam zobaczyć, gdzie leży problem), ale druga o wiele ważniejsza rzecz, to uzupełnienie niedoborów pokarmowych i usunięcie zatruć, które sprawiają, że jesteśmy na ten stres aż tak podatni. Dla przykładu, osoby z wysokim poziomem ołowiu we krwi zapadają na nerwicę pięciokrotnie częściej. Starczy usunąć ten ołów - i już w 80% przypadków poradzimy sobie ze stresem. Takich szczegółów są dziesiątki. Wypisałem to wszystko na forum, tutaj: klik

Nerwicę mamy za sobą? No to jadziem drugiego największego wroga, jakim jest depresja. Bierze się z nerwicy, owszem, ale nie tylko. Może być spowodowana brakiem odpowiedniego oświetlenia miejsca gdzie żyjemy, nieodpowiednimi barwami. Może być wywołana samotnością, brakiem akceptacji, odrzuceniem. Ludzie tacy po prostu giną w oczach, każdą chorobę przechodzą kilkakrotnie ciężej, zwykła grypa może ich zabić. Jeśli przyczyna jest genetyczna, nie zostaje nic innego jak przekonać się do magicznych pigułek. Ale praktycznie zawsze przyczyną depresji są niedobory pokarmowe - kwasów omega 3, witaminy D, a także brak ruchu. Wszystko opisałem tutaj: klik

Może w oddzielnym akapicie wspomnę o smutku. Smutni ludzie są o wiele bardziej podatni na choroby. Pamiętajmy o dawaniu i odbieraniu uśmiechu. Pamiętajmy o regularnym życiu seksualnym, jeśli jesteśmy w odpowiednim wieku - endorfiny potrafią działać cuda. Dawać siebie i odbierać w zamian innych, tylko tak może działac istota ludzka. W przypadku zwierząt typowo stadnych wygląda to wyjątkowo drastycznie - zwierzę takie oddzielone od stada umiera po kilku miesiącach, jego organizm przestaje zwalczać choroby. U ludzi nie jest to aż tak mocno widoczne, ale samotność i smutek mają potężny wpływ na odporność. Pomagajmy innym i dajmy sobie pomagać. Bądźmy mili, nie bądźmy zgryźliwi. No i jeszcze raz, pokój w którym żyjemy nie może mieć smutnych kolorów!

No dobra, powiedzmy że mamy wszystko za sobą. Nie jesteśmy znerwicowani, nie mamy deprechy. Pora przyjrzeć się, czy nasze ciało jest tak zadbane, jak być powinno - czyli układ ruchowy. Pamiętajmy, że człowiek to całość. Każdy układ współpracuje z pozostałymi. Zasiedzenie się nie dość, że wywołuje czasem objawy zbliżone do nerwic, to jeszcze rozleniwia ośrodkowy układ nerwowy, ściśle sprzężony z immunologicznym. 3 razy w tygodniu delikatny trening, trwający 30 minut, podnoszący tętno do 130. To wystarczy.

Ile czasu dziennie spędzamy przed komputerem? Jeśli więcej jak 3 godziny, byłoby naprawdę dziwne, gdyby nie wystąpiły żadne objawy. Dobrej jakości monitor położony poniżej poziomu wzroku, osłony antyrefleksyjne, równomiernie oświetlony pokój, nigdy po ciemku. Częste przerwy w użytkowaniu. A najlepiej wyłączyć na 2 tygodnie i sprawdzić, jak zmieni się samopoczucie.

Oddech. Najważniejszy motor organizmu, jego rozregulowanie jednocześnie prowadzi do rozregulowania wszystkich pozostałych funkcji naszego ciała. A rozregulowany ma prawie każdy - siedzący tryb życia, tłuste jedzenie, brak zagrożeń i wysiłku, konieczność zachowania ciszy (nie wolno przecież krzyczeć bo nie wypada), jednym słowem życie, do jakiego człowiek jednak nie jest stworzony. Mimo wszystko jesteśmy tylko małpami. Podam może prościutkie ćwiczenie, które pozwala nauczyć się niejako instynktownego stosowania właściwego oddechu.

Kładziemy się wygodnie i wyciszamy. Ważne, żeby całkowicie wyciszyć organizm, pracę mięśni - one zużywają ogromne ilości tlenu (a więc i oddechu), a za chwilę będziemy uczyli się właściwie tlenem (oddechem) gospodarować.

Leżąc swobodnie, wciągamy powietrze przeponą. To ten taki mięsień o istnieniu którego mało kto wie, a który jest chyba najważniejszym mięśniem (z tych podlegających kontroli). Znajduje się pod mostkiem, nad mięśniami brzucha. On właśnie odpowiada za wciąganie powietrza. Wciągamy je więc niejako do brzucha. Na początku wyda się to nienaturalne, sztuczne - prawdopodobnie będziemy to po prostu niewłaściwie wykonywać. Nie zrażamy się, po pewnym czasie i nabraniu praktyki wszystko będzie przychodzić naturalnie, a oddech taki będzie znacznie, ale to znacznie wydajniejszy od stosowanego dotychczas.

W czasie wciągania jednocześnie napełniamy płuca. Wygląda to trochę trudno i nielogicznie - napełnić brzuch tak, aby napełniły się płuca. Cały trick polega na tym, aby mięśnie międzyżebrowe, odpowiedzialne za napełnianie płuc, pracowały jedynie pomocniczo. Po pewnym czasie stanie się to niejako naturalne. W końcowej fazie wdechu unosimy leciutko ramiona (staramy się, aby to oddech je uniósł), aby dotlenić również wierzchołki płuc.

Stosujemy taką sekwencję - 8 sekund trwa wdech powietrza, 8 sekund trzymamy powietrze w płucach, 8 sekund je wydychamy. 10-20 powtórzeń 2 razy dziennie. W życiu codziennym również staramy się stosować taki sposób oddychania, oczywiście już bez tych wielosekundowych pauz. Już po paru tygodniach można będzie zaobserwować znaczną poprawę sprawności, wytrzymałości i samopoczucia. W moim przypadku po przebiegnięciu 1 km szybkim tempem w ogóle nie pojawia się zadyszka, mogę dowolnie kształtować i regulować oddech.

W miarę postępów można przedłużać sekwencję, np 10 sekund wdech, 12 zatrzymanie powietrza, 10 wydech (takie mniej więcej proporcje są dobre). Najważniejsze to pracować nad płynnością oddechu i wdrażaniem odruchów nabytych w czasie cwiczeń do życia codziennego.

Przechodzimy trochę "głębiej", nasza flora bakteryjna w jelitach. Musi być w pełni sprawna, niestety. Bez niej to nie działa jak trzeba. Antybiotyki ładnie ją rozkładają, robiąc z nas otwarty cel dla każdego możliwego patogenu za wyjątkiem bakterii wrażliwych na ten właśnie antybiotyk. Tutaj pozostaje niestety tylko łykanie tabletek ze szczepami antybiotykoopornymi - no i duże ilości naturalnych probiotyków, czyli kapusta kiszona (stanowczo odradzam wszelkiego rodzaju jogurty czy kefiry).

Oki, mniej więcej mamy wyeliminowane zewnętrzne przyczyny osłabienia organizmu. Teraz pora na te bardziej wewnętrzne. Zacznijmy od toksyn. Alergia na kurz czy na sierść zwierząt jest mordercza dla naszych systemów obronnych. Występowanie pleśni czy grzybów to w ogóle zagrożenie życia, w przypadku wystąpienia niektórych gatunków grzybów nawet ubrań się z domu nie zabiera tylko zrównuje go z ziemią. Alternatywą jest rak. Toksyny w pokarmach i używkach uniemożliwiają wchłanianie witamin, niezbędnych dla prawidłowej pracy naszego układu odpornościowego. Żadnej kawy, żadnej coca coli, żadnego cukru. O papierosach, alkoholu i innych narkotykach nawet nie wspomnę. Ah, oczywiście błonnik - czyli ta część pokarmu, której nie trawimy. Pełni ona rolę szczotki jelitowej, czyszczącej kiszki z wszelkiego syfu który tam osiadł, dodatkowo wiążąc niektóre toksyny.

Może szerzej omówię wegetarianizm. Sam jestem wegetarianinem, niedawno zastanawiałem się, na co jestem chory - zdrowie dość solidnie mi podupadło. Ostatecznie okazało się, że w pokoju sypialnym zagnieździł się gatunek pleśni wywołujący bardzo silną reakcję alergiczną (i przy okazji szereg innych objawów). Dodatkowo rodzinne u mnie są niedobory witaminy B12, jako wegetarianin byłem na nie nawet bardziej narażony - to witamina, którą wegetarianie powinni uzupełniać. Ja to zlekceważyłem. Miałem więc system odpornościowy zdewastowany przez alergię, przez niedobór witaminy B12, dodatkowo na skutek ciągłego zatruwania przez tego grzybka rozwinęła mi się nerwica. Miałem bardzo osłabiony organizm. I tu ciekawostka - w szeregu badań które wykonałem okazało się, że... przechodziłem boreliozę. Tak, miałem kleszcza... nie, źle mówię. Miałem kilkaset kleszczy w swoim życiu, całe dnie spędzam w lesie. Nawet pamiętam tego, po którym mi się "babrało" 2 lata temu, to pewnie była infekcja która zostawiła silną bliznę serologiczną. No cóż, załapałem krętki boreliozy, w czasie gdy byłem znacznie osłabiony, gdy miały największą szansę. Nieszczęsna bakteria została po prostu zdewastowana przez moje wegetariańskie antyciała. Nawet nie zauważyłem schorzenia. Skończyło się na 2 dniach lekkiej temperatury i nieco większym niż zazwyczaj zaczerwienieniu w miejscu ugryzienia.

I tak jest ze wszystkimi chorobami. Zanim przeszedłem na wegetarianizm, chorowałem praktycznie bez przerwy. Kilkanaście zapaleń oskrzeli, moje dzieciństwo to jedno wielke kaszlnięcie, ciało wiecznie pokryte siniakami, nawet mam wypis z przychodni "proszę zwrócić uwagę na żywienie". Zawsze najmniejszy dzieciak w całej klasie, chorowity. Efekt zmiany diety przeszedł moje najśmielsze oczekiwania - do czasu wychodowania tego nieszczęsnego grzybka za ścianą u lekarza byłem 3 razy w ciągu 12 lat. 2 razy aby skontrolować niepokojące zmiany skórne w okolicach znamion, raz aby wyrobić kartę zawodnika - zamierzałem wystartować w mistrzostwach Polski w sporcie wyczynowym. Leku przez ten czas nie zażyłem dosłownie żadnego (wcześniej średnio 2 razy do roku byłem leczony antybiotykami). Sekcja sportowa się rozpadła, ale dalej moja wydolność jest po prostu niesamowita, jeśli porównać ją do tego, w co wyposażyła mnie natura na starcie. Jeśli ktoś nie wierzy, zapraszam na ulicę Złotniczą w Jeleniej Górze na trening sekcji Ju- Jitsu. Można pooglądać co potrafi wegetarianin, który miał boreliozę w chwili wyjątkowego osłabienia organizmu, można porównać ze zdjęciami z mojego dzieciństwa - z czasu gdy jadłem mięso.

Dlaczego tak się dzieje? To proste, mięso jest jedną z gorszych trucizn. Zaraz podniosą się głosy oburzenia - ale przecież ludzie jedzą mięso i żyją... jasne, że żyją. Palacze papierosów też żyją. Mięso zawiera w sobie każdą jedną toksynę, jaką zwierzę zjadło w ciągu swojego życia. Pestycydy, antybiotyki, sterydy, metale ciężkie - to wszystko kumuluje się właśnie w mięsie, szczególnie w tkance tłuszczowej. Wolne rodniki - mięso trzyma tutaj niechlubną palmę pierwszeństwa jako "najlepsze źródło". Nie dość, że powodują raka, to na dodatek angażują układ immunologiczny. Alergie pokarmowe - człowiek nie jest tak do końca dostosowany do jedzenia mięsa, więc organizm reaguje panicznie na nietypowe białka. To wykańcza system odpornościowy. Żelazo - to w mięsie wchlania się w naprawdę tragiczny sposób. Niedouczeni lekarze bez specjalności dietetyka mówią, że wchłania się lepiej - a tak naprawdę wchłania się bez ograniczeń. Organizm przyjmie tyle żelaza roślinnego, ile mu trzeba - gdy są niedobory, wchłania go kilkanaście nawet razy więcej. Do jedzenia mięsa nie jesteśmy przystosowani, więc organizm głupieje - wchłania tyle, ile zjemy. A potem przeżywa szok - nagle "nie wiadomo skąd" pojawiło się mnóstwo żelaza, a przecież nie "zamawiał" go, nie zwiększał wchłaniania.

Oczywiście nie musicie się z tym zgadzać. Możecie trzymać się swojej drogi, uważać że to przypadek, że nie warto. Fakt pozostaje faktem, że u mnie przebieg boreliozy, która dorwała mnie w chwili osłabienia był lżejszy, niż u mojej mięsożernej rodziny przebieg kataru.

Jeśli ktoś jest zainteresowany zmianą diety na zdrowszą, ale nie jest pewien czy da sobie radę z nowymi przepisami kulinarnymi czy dobieraniem składników odżywczych (nawiasem mówiąc, kto dobiera składniki odżywcze na "zwykłej" diecie? Jako wieloletni wegetarianin przekonałem się, że osoby jedzące czipsy i popijające je cocacolą, gdy usłyszą że nie jem mięsa, nagle stają się ekspertami w dziedzinie dietetyki i uświadamiają mi, jak ważne jest komponowanie posiłków), zapraszam na witrynę prowadzoną przez znajomego dietetyka (link niżej) - wprowadza ona w świat zdrowego odżywiania, zapisując się otrzymujemy jadłospis na cały miesiąc oraz przystępnie wyjaśnione zasady zdrowego odżywiania. Oczywiście za darmo.

Przechodząc na odżywianie wegetariańskie niemal 20 lat temu robiłem to ze względów etycznych, sądząc, że moje zdrowie zapewne się pogorszy - 20 lat temu nie było w Polsce internetu, dostęp do wiedzy był o wiele bardziej utrudniony. Jakież było moje zdziwienie, gdy po roku diety stopniowo zaczęły znikać problemy, które dręczyły mnie przez poprzednie 20 lat - bóle nóg tak silne, że niekiedy nie byłem w stanie chodzić (już słyszę, jak niektórzy krzyczą "borelioza!" - dziwna ta borelioza, znikła gdy po zmianie diety...), ból żołądka nie pozwalający na normalne funkcjonowanie czy ciągłe przeziębienia. Zawsze byłem słabym, chorowitym dzieckiem, w szkole podstawowej w biegach na w-f zajmowałem ostatnie miejsce. W studium medycznym, po 2 latach diety bezmięsnej, przybiegłem pierwszy - bez żadnego szczególnego treningu. Podobne historie słyszałem od wielu osób, które po moich namowach zmieniły sposób odżywiania.

Link do witryny - kliknij mnie!

Weliminowane toksyny wziewne i pokarmowe? No, w końcu można przejść do sedna, czyli do substancji niezbędnych do pracy białych krwinek oraz wspomagających ich działanie. Najważniejsza z nich to, oczywiście, witamina C. Najbardziej niedoceniana z witamin. Jest prawdziwym wymiataczem wolnych rodników. Bez niej organizm w ogóle nie potrafi się bronić, a jeśli mamy jakąś infekcję, jej ilość w krwi spada błyskawicznie, nawet w ciągu godziny może zostać zjechana do zera.

No cóż, nauka utrzymuje że w jednej dawce można wchłonąć 70 mg, a praktyka pokazuje, że podanie większych dawek powoduje większe stężenie witaminy C w osoczu. Nauka utrzymuje, że człowiek potrzebuje dziennie 60 mg witaminy, a praktyka pokazuje, że zwierzęta o identycznym zapotrzebowaniu jak człowiek spożywają dziennie ponad 3000 mg, jeśli jedzą mniej - chorują. Faktem jest, że osoba chora na boreliozę powinna witaminy C zażywać ilości bardzo duże, absolutne minimum to 500 mg. Spokojnie można pokusić się o 2000 mg / dzień. Oczywiście najlepiej jeść naturalną witaminę, obecną w owocach. Ale syntetyki też są OK, badania na dziesiątkach tysięcy osób wykazały, że ludzie łykający powyżej 0,75 grama (10 razy więcej niż oficjalne zapotrzebowanie) syntetycznej witaminy C dziennie żyli statystycznie SZEŚĆ LAT dłużej! To badanie jasno wykazało, gdzie można wsadzić oficjalne wytyczne. I jak głęboko.

Czosnek. Najcudowniejszy wynalazek natury. Nie dość, że pobudza układ immunologiczny, to na dodatek jest naturalnym antybiotykiem, tłukącym bakterie ile wlezie (tak, czosnek wywołuje herx...). Jeśli połączy się go z witaminą C, działa jak Malleus Christianorum. I kolejna niespodzianka - jest probiotykiem układu pokarmowego, czyli... pomaga odbudować florę bakteryjną, zamiast niszczyć! Gdy brzydko nam pachnie, można łykać pigułki czosnkowe. Jeśli zdecydujemy się na świeży, pamiętajmy żeby go zmiażdżyć i odstawić na 10 minut. Zalecany sposób przyjmowania to 3-4 zmiażdżone ząbki do zimnej, przegotowanej wody, odcedzić po 3 godzinach i pić w ciągu dnia małymi łykami - taki sposób oszczędza wątrobę (która powinna sobie z czosnkiem poradzić, o ile nie jest zniszczona np antybiotykoterapią). Ważne - czosnek ma pełną moc świeżo wyjęty z ziemi, potem ją szybciej i szybciej traci, żółty jest już zupełnie nieprzydatny. Nie wolno przekraczać 4 ząbków na dzień, odpowiednia dawka to w zasadzie 1 ząbek, góra 2. Co za dużo to niezdrowo, pamiętajmy.

Witaminy z grupy B i inne czynniki regulujące pracę układu pokarmowego. Te witaminki to prawdziwe cudeńka, które bardzo często lekceważymy. Na raz, dość rzadko występują w żywności "syntetycznej" jaką jesteśmy otaczani - nie ma jej np w białym pieczywie, występuje tylko w razowym. A właśnie ziarna zbóż są najwartościowszym jej źródłami. Jej niedobory powodują rozwój drożdżyc, co dodatkowo może nas wręcz dobić - drożdżyce rozwijają się "dzięki" stosowaniu antybiotyków. Jeśli połączymy antbiotyk z niedoborami tychże witamin, nieszczęście gotowe. Drożdżaki chorobotwórcze dodatkowo wysysają z naszego układu pokarmowego ważne substancje odżywce stanowiąc konkurencję pokarmową, dewastują nasz układ immunologiczny... cała historia z nimi. Ogólnie - dużo witamin z grupy B (zaleca się brać B complex), dużo błonnika pokarmowego, w trakcie terapii antybiotykowej - mykostatyna (KONIECZNIE!). Niemniej, zalecane jest komponowanie posiłków tak, aby nie występowała konieczność uzupełniania witaminami syntetycznymi, których skuteczność jest - w porównaniu do naturalnych - znikoma. Są dostępne naturalne witaminy z grupy B, ale są one o wiele droższe. Dla leni - co najmniej 3x dziennie B complex.

Oddzielne miejsce zajmuje witamina B12 oraz kwas foliowy. Absolutnie niezbędne dla kogoś, kto chociaż podejrzewa boreliozę. Po prostu one potrafią regenerować uszkodzone nerwy, przynajmniej do pewnego stopnia. B12 najlepiej z preparatu Naturell (ma najlepiej przyswajalną ze wszystkich preparatów dostępnych na rynku, jako wegetarianin coś o tym wiem hehe), kwas foliowy - tabletki dowolnej firmy. W przypadku potwierdzonej boreliozy lepiej brać górną dozwoloną dawkę, czyli 0,8 mg. Niejako dodatkowo kwas foliowy stymuluje pracę układu obronnego.

Cynk. Bez niego układ immunologiczny nie działa. Niedobory ma około 80% populacji - tak, to nie pomyłka. Aż tylu ludzi ma potężne niedobory pokarmowe, przez które znacznie częściej chorują - nie tylko na infekcje, ale też np na raka. I lekarze nic z tym nie robią. Bo po co? Im bardziej chorowity człowiek, tym częściej zajrzy do gabinetu, można mu więcej przepisać pastylek... błogosławieni lekarze, którzy jednak zalecają pacjentom suplementy. Niestety, jest ich mikroskopijna mniejszość. Uzupełnianie niedoboru to nie taka prosta sprawa. Opis co i jak robić, a także jak samemu sobie zbadać niedobory, zamieściłem na forum, tutaj: klik

Magnez - często spotyka się jego niedobory, więc wspomnę o nim, chociaż nie gra tak kluczowej roli w naszej "obronie" jak cynk. Natka pietruszki, kasza gryczana, soja - to jedne z najlepszych źródeł magnezu (no bo ile można np zjeść pestek dyni?). Tutaj też proponuję z suplementów, 300-400 mg / dzień. Przy magnezie koniecznie uzupełniamy też wapń i potas, te 3 pierwiastki współgrają ze sobą. Wapnia 1-2 razy tyle co magnezu, potas - najlepiej ze źródeł naturalnych, typu soki pomidorowe czy banany. Przeciętny Polak spożywa tylko 1/4 do 1/2 optymalnej ilości potasu. Gdybyśmy spożywali tyle, ile trzeba, śmiertelność z powodu chorób serca spadłaby o połowę...

Pierwiastki śladowe - mangan, miedź i cała reszta. Dowolna multiwitamina załatwi sprawę, najlepsze są oczywiście te dla sportowców renonowanych firm produkujących suplementy.

Drobne uwagi odnośnie kwasów omega 3. Po pierwsze, niedobory mają w zasadzie wszyscy. Jest to związane z obłąkańczą dietą która niestety stała się ostatnio niezwykle modna. W przypadku przewlekłych schorzeń bardzo istotne będzie przywrócenie naturalnej równowagi między kwasami omega 3 (których jemy obecnie kilkakrotnie mniej niż powinniśmy) a kwasami omega 6 (których z kolei we współczesnej żywności jest niekiedy nawet kilkadziesiąt razy za dużo). Dość istotne jest, że najlepiej wchłaniają się one razem z białkiem, dlatego też kapsułki z apteki dają słabsze efekty - ale czasem są niezbędne, jako że zawierają aktywną formę tych kwasów. Ideałem jest zmielone siemie lniane, 2-4 łyżeczki rano, do tego olej lniany tłoczony na zimno, bardzo świeży i nie oczyszczany, zmiksowany np z twarogiem (miksujemy co najmniej 5 minut). Jeśli dodatkowo wyeliminujemy z diety kwasy omega 6, po 2-3 miesiącach takiej diety będziemy dosłownie jak nowo narodzeni. Poprawa stanu zdrowia jest niewiarygodna.

Uwaga odnośnie kwasów omega 6. W zasadzie tak naprawdę problemem nie tyle jest ich nadmiar (który, swoją drogą, jest szkodliwy), co zablokowanie szlaku metabolicznego, którym nasz organizm syntetyzuje kwas omega 6 gamma linolenowy ze zwykłego kwasu omega 6 linolenowego. Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest nadmiar tłuszczu w pożywieniu - w zasadzie wszystkie tłuszcze nasycone (głównie odzwierzęce) blokują ten szlak metaboliczny. Inne przyczyny to m.in. niedostateczna ilość witaminy C, cynku czy magnezu w diecie, starzenie się, przewlekłe infekcje. Można tego wszystkiego uniknąć przyjmując kwas omega 6 w formie, która nie wymaga przemian metabolicznych - czystego kwasu gamma linolenowego, czyli GLA. Często przynosi to dramatyczną poprawę stanu zdrowia - w jednym badaniu pacjenci z terminalną postacią raka prostaty po rozpoczęciu suplementacji gigadawkami GLA przedłużyli sobie życie 3 krotnie, zaś silna poprawa stanu zdrowia występuje w zasadzie we wszystkich przewlekłych infekcjach. GLA przyjmowany w normalnych dawkach nie blokuje metabolizmu omega 3. Można go kupić w każdym sklepie ze zdrową żywnością - nazywa się on "olej z wiesiołka tłoczony na zimno". Odradzam kapsułki, bo wychodzą dosłownie wielokrotnie drożej, lepiej zainwestować w butelkowany - drogi jak diabli, ale skuteczny. Dawkowanie to 10 do 20 ml dziennie. Poprawy można się spodziewać dopiero po kilku miesiącach stosowania, ale za to jego uzupełnienie wystarczy na całe lata.

Witamina D3 - pozostaje ta z tabletek, przynajmniej 4000 jm/dzień (nie, nie pomyliłem się o jedno zero), ale radzę zacząć od 8000 przez co najmniej 2 tygodnie. Ona jest naprawdę bardzo ważna przy chorobach stawów. W czasie jej suplementacji niezbędny jest magnez.

Witamina A. Stanowczo roślinna i stanowczo naturalna, w żadnym wypadku suplementy beta-karotenu, gdyż są wręcz szkodliwe. Wszystkie czerwone owoce zawierają jej co niemiara, najwięcej oczywiście marchewki.

Witamina E. Działa w synergii z witaminą C, jest absolutnie niezbędna w przypadku chorób przewlekłych. Rgeneracja jej poziomu w organizmie zajmuje często długie miesiące. Występuje w olejach roślinnych (sojowym, kukurydzianych, słonecznikowym), migdałach, margarynie, jajach, orzechach włoskich i ziemnych, kiełkach pszenicy, mące pełnoziarnistej, mleku, brukselce i innych zielonolistnych warzywach. Dobre rozwiązanie to jednak kapsułki z witaminą skoncentrowaną, na allegro można kupić - nazywa się to "witamina E z miksem tokoferoli", może też być od innymi nazwami - chodzi właśnie o to, aby była w suplemencie cała mieszanka, gdyż witamina E to tak naprawdę zbór wielu różnych witamin o podobnym wzorze chemicznym. Uzupełnianie tylko jednej z nich (a taki skład ma większość tanich suplementów) powoduje spadek stężenia pozostałych - i efekt odwrotny od zamierzonego.

Vilcacora, zwana kocim pazurem - w jednym opublikowanym badaniu była o wiele skuteczniejsza w leczeniu przewlekłej boreliozy od antybiotyków. Ale czy to badanie nie zostało zafałszowane - naprawdę ciężko to stwierdzić. Niby prowadzili dyplomowani naukowcy, niby wszystko było kontrolowane, ale z drugiej strony sponsorem badania był producent specyfiku z vilcacory. Cieżko cokolwiek uczciwie napisać, drogie nie jest, można spróbować - na allegro można za grosze kupić susz, to powinno się parzyć pod przykryciem przynajmniej 20 minut.

Na koniec dla odważnych - hartowanie :D Do wanny zimną wodę, do połowy łydek. Raz jedna noga, raz druga, za każdym razem całkowicie wyciągamy daną nogę. Tak sobie tupiemy w miejscu, powoli, spokojnie. Po kilkunastu minutach dobrze suszymy i masujemy stopy. Wersja hardcore to ciepły prysznic na zmianę z zimnym, proporcje 20-30 sekund ciepłej, 2-3 sek zimnej, stopniowo zwiększając różnicę temperatur.

W skrócie, jak powinna wyglądać naturalna terapia dla osób które z jakiś przyczyn nie mogą zażywać antybiotyków:

- eliminujemy czynnkiki osłabiające i zatruwające organizm
- eliminujemy z diety sól, mięso, mleko i cukier
- dieta składa się głównie ze świeżych owoców, warzyw, soków owocowych produkowanych w domu ze świeżych owoców
- dodajemy wszystkie wyżej wymienione witaminy i sole mineralne
- szczególną uwagę zwracamy na magnez oraz na witaminę C, 5000 mg / dziennie witaminy C nie jest żadną przesadą, o ile kontrolujemy poziom szczawianów w moczu.
- eliminujemy wszelkie źródła kwasów omega 6 - oprócz tych wymienionych wyżej, będzie to margaryna i masło, niestety musimy nauczyć się żyć bez nich. Dodajemy do diety omega 3 w dużych ilościach
- wszelkie wyroby z mąki białej zamieniamy na wyroby z mąki razowej
- po 2 tygodniach dokarmiania organizmu, stymulacja układu odpornościowego - 10 dni na np czosnku, 10 dni przerwy, potem 10 dni powiedzmy biostyminy, 10 dni przerwy i tak dalej. Oczywiście cały czas stosujemy wszystkie witaminy, bez żadnych przerw.